Przed Sądem Rejonowym w Kołobrzegu od początku toczy się proces Marka T., oskarżonego w związku z tragicznym wypadkiem spadochronowym z sierpnia 2019 roku. Wtedy dwie spadochroniarki po skoku z samolotu spadły do Bałtyku i utonęły. Ponowne rozpoczęcie postępowania było konieczne z powodu zmiany sędziego.
Informację podało Polskie Radio Koszalin. Przypomnijmy, pierwszy proces rozpoczął się w maju 2024 roku. Ostatnią rozprawę w poprzednim składzie sądu przeprowadzono w sierpniu 2025 roku. Z powodu choroby sędzi konieczna była później zmiana składu, a w konsekwencji rozpoczęcie procesu od nowa.
Nowemu postępowaniu przewodniczy sędzia Sławomir Solnica. Oskarżony ponownie składał wyjaśnienia 30 lipca. Marek T., pilot i instruktor z wieloletnim doświadczeniem, nie przyznał się do zarzucanych mu czynów.
Podczas środowej rozprawy zeznawał mężczyzna, który w dniu wypadku pracował w firmie Marka T. jako tandem-pilot i instruktor. Tragiczny skok obserwował z ziemi.
Według jego relacji samolot znalazł się daleko od brzegu. Świadek miał nadzieję, że maszyna zawróci, jednak spadochroniarze wyskoczyli. Dwaj mężczyźni wylądowali w wodzie na tyle blisko brzegu, że zdołali wyjść z niej o własnych siłach. Dwie kobiety znalazły się znacznie dalej od lądu.
Świadek zeznał również, że gdy skoczkowie byli jeszcze w powietrzu, zadzwonił do żony Marka T. i poprosił ją o zaalarmowanie służb ratunkowych, przewidując, że spadochroniarze mogą wylądować w morzu.
Do tragedii doszło 5 sierpnia 2019 roku. Czteroosobowa grupa wyskoczyła z samolotu Cessna, który wystartował z lotniska w Bagiczu. Plan zakładał wykonanie formacji w powietrzu i lądowanie na plaży. Ostatecznie wszyscy znaleźli się w morzu. Dwóch mężczyzn przeżyło, dwóch kobiet w wieku 29 i 33 lat nie udało się uratować.
Prokuratura zarzuca Markowi T. nieumyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa oraz nieumyślne spowodowanie wypadku w ruchu powietrznym. Oskarżony nie przyznaje się do winy. Grozi mu do ośmiu lat pozbawienia wolności.
Kolejną rozprawę wyznaczono na 21 października.
Źródło: Polskie Radio Koszalin.
Czytaj również:

Bagicz to bardzo trudne lotnisko w pasie nadmorskim.Bryza ,kierunek wiatru adwekcyjny, i nie daj Boże termika.Pełny cyrk i to na przestrzeni 1000m .Można się pogubić i kąpiel w Bałtyku gotowa.
M.A. – Aeroklub Koszalin
Skakałem w Bagiczu ponad 70 razy z czego większość lądowałem na plaży. Skakaliśmy z 4000m z Turbofinista, z 3000m z Cesny, z 1000-1200 z motolotni w sumie z czego można było 🙂 Na pokładzie była osoba z PJ(C) mająca papiery na 'wyrzucającego’ .Na pokładzie samolotu jest osobą odpowiedzialną za punkt opuszczenia skoczków i on naprowadza pilota. Ponad to skoczkowie dopuszczeni do tych skoków posiadają świadectwo kwalifikacji, są osobami z uprawnieniami. Tego feralnego dnia też wykonywałem skok z tego samolotu, kilka wylotów wcześnie. Na ziemi przeprowadziłem symulację 'wodowania’ bo tak byłem szkolony. Z raportu końcowego PKBWiL wynika wprost że pilot otworzył drzwi samolotu na wysokości linii brzegowej, a skoczkowie opuścili samolot po 28 sekundach !!!! samolot szedł kursem 340 stopni – w stronę pełnego morza. Opuszczając pokład po tak długim czasie widzieli że są daleko od brzegu. Poza tym planowane rozejście miało nastąpić na 1400m, a otworzenie spadochronów na 1000m – nastąpiło znacznie poniżej ustalonej wysokości bo na 780m i 560m !!!! Ponad to żaden ze skoczków nie przygotował się do 'wodowania’, a skoczkowie mający pasy dociążające nie pozbyli się ich przed zetknięciem z wodą.
Nie chcę tu nikogo bronić ani obciążać, zaszło wiele czynniku które spowodowały tą tragedię… zły kurs samolotu, zbyt późne opuszczenie samolotu, za niskie otwarcie, nie pozbycie się pasów obciążających, brak procedury wodowania itd… Znałem tych skoczków…