Na rogu Wojska Polskiego i Solnej przez weekend leżał piasek. Całkiem spora kupka, gotowa do użycia. Problem w tym, że kilka metrów dalej chodnik nadal przypominał lodowisko.
W weekend wielu pieszych przekonało się, że zimowe utrzymanie nawierzchni bywa prowadzone… wybiórczo. Przy wejściach do budynków często było przyczepniej – ktoś posypał, zadbał o swój fragment, o próg, o dojście do drzwi. Ale już pomiędzy kolejnymi posesjami bywało różnie. Raz bezpiecznie, raz ślisko. Chodzenie przypominało slalom między wyspami piasku a miejscami, gdzie wciąż była gołoledź.
Wzdłuż ul. Solnej fragment chodnika między skrzyżowaniem z Wojska Polskiego i Zwycięzców świecił czystym lodem, choć zapas pasku leżał dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wystarczyłoby kilka minut i parę ruchów łopatą, by znacząco poprawić bezpieczeństwo. Tyle że najwyraźniej zabrakło poczucia, że odpowiedzialność nie kończy się dokładnie na granicy własnej działki.
Trudno się dziwić przechodniom, że są zirytowani. Starsze osoby, rodzice z dziećmi, ludzie spieszący się do pracy – każdy z nich ryzykuje upadek. A przecież czasem naprawdę niewiele trzeba, by temu zapobiec.
Zima co roku przypomina tę samą lekcję: kilka metrów dalej to wciąż ta sama droga, po której za chwilę może przejść sąsiad, listonosz czy my sami wracając z zakupów. Może więc warto, widząc „niczyje” miejsce, potraktować je po prostu jak wspólne.

