Dwa chore koty zostawiły na sali obrad Rady Gminy Kołobrzeg wolontariuszki ze stowarzyszenia Nie Nasze Koty.
– To chore wolnożyjące koty, odłowione na terenie gminy, które nie mają zapewnionej opieki, mimo że ustawodawca zobowiązuje do tego gminę – mówi naszemu portalowi Wanda Władzińska ze stowarzyszenia Nie Nasze Koty, która zabrała głos podczas dzisiejszej sesji Rady Gmin – Od piątku szukamy dla nich miejsca.
Jak mówią wolontariuszki organizacji prozwierzęcych, gmina ma podpisaną umowę z kołobrzeskim schroniskiem wyłącznie na opiekę nad psami. Nie wiadomo, dlaczego w umowie zostały pominięte koty. Przypomnijmy, że ustawa o ochronie zwierząt nakłada na gminy obowiązek zapobiegania bezdomności zwierząt oraz zapewnienia opieki bezdomnym zwierzętom – nie tylko psom.
– Efekt jest taki, że mieszkańcy gminy, gdy widzą problem, dzwonią do naszego stowarzyszenia, a nie do gminy – dodaje Wanda Władzińska. – My nie mamy możliwości ani zasobów, by pomagać wszystkim zwierzętom. To obowiązek gminy. Ja mam dziś w domu 13 małych kotów. Nie może być tak, że prywatne osoby za własne pieniądze robią to, co należy do obowiązków gminy.
Gmina wprawdzie zapewnia weterynarza, dopłaca do sterylizacji i pomaga w zakupie karmy, ale prawdziwym problemem jest brak miejsca, w którym koty mogłyby przejść rekonwalescencję po sterylizacji lub leczenie – na przykład z kociego kataru – zanim zostaną wypuszczone na wolność. Proces ten trwa czasem nawet 5–7 dni.
„A skąd pewność, że to nasze koty? Jak jadę do Poznania, to nie znaczy, że jestem poznaniakiem”
Ostatnio stowarzyszenie, na prośbę mieszkańców, zabrało dwa chore koty z Zieleniewa. Dwa kolejne, w ciężkim stanie, nadal czekają tam na pomoc. Kolejne zgłoszenie napłynęło z Dźwirzyna.
– Umowy, które zawarliśmy, są zgodne z obowiązującymi przepisami i dostosowane do potrzeb – odpowiadał podczas sesji wójt Jerzy Wolski. – Tematem kotów zajmuje się dyrektor Gminnego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Pierwszy raz słyszę, że teraz wystąpił jakiś problem.
– A skąd pewność, że to nasze koty? – pytał wójt jedną z wolontariuszek. – To, że przeszły na teren gminy, nie znaczy, że z niej pochodzą. Jak jadę do Poznania, to nie znaczy, że jestem poznaniakiem.
Wójt zadeklarował chęć spotkania w tej sprawie. Gdy jednak wolontariuszki chciały ponownie zabrać głos, wyłączono im mikrofony, a dyskusję przerwano, ogłaszając przerwę. Kobiety zostawiły na sali obrad kontenery z dwoma kotami z Zieleniewa.